To bez wątpienia jedyny taki kraj na świecie. Zajmujący powierzchnię niewiele mniejszą niż wszystkie europejskie kraje razem wzięte, a jednocześnie zamieszkiwany przez zaledwie 23 miliony mieszkańców, z których zresztą połowa przybyła tam w ciągu ostatnich 40 lat. Są także gigantyczne puste przestrzenie, 25 milionów kangurów, 70 milionów owiec, najdłuższy płot na świecie i cała pierwsza dziesiątka listy najgroźniejszych węży świata. Aha, i jeszcze rekiny. A jednak – w rankingach na najlepsze miejsce do życia Australia nie ma sobie równych. Może to dzięki znakomitym winom?

Australijczycy jako naród zdecydowanie nie oglądają się za siebie. Jest to nawet wpisane do konstytucji, a w godle państwowym znajdują się kangur i emu – zwierzęta, które nie potrafią chodzić do tyłu, co ma symbolizować naród, który zawsze idzie do przodu. Nawiasem mówiąc, Australijczycy mają oryginalne podejście do kangura, jako symbolu narodowego. Umieszczają go na godle, koszulkach ukochanej drużyny rugby oraz… na grillu. Kangur to jeden z przysmaków, można go kupić w każdym sklepie, a hitem jest stek z sosem z czerwonego wina. U nas z orłem zdecydowanie by nie przeszło.

Australia to także ciekawy przykład narodu zbudowanego na imigrantach. Kontynent od tysięcy lat był zamieszkiwany przez Aborygenów. W 1788 roku Wielka Brytania zaczęła tam zsyłać skazańców. W ciągu pierwszych 70 lat tego procesu wysłano na kontynent około 160 tysięcy ludzi. W połowie XIX wieku w Australii odkryto złoto, co spowodowało napływ miliona osadników. Do początku XX wieku populacja kontynentu liczyła już prawie 4 miliony. Naprawdę gigantyczny wzrost liczby mieszkańców nastąpił jednak w ciągu ostatnich 40 lat, kiedy populacja wzrosła niemal dwukrotnie. Dziś Australia to niesamowicie różnorodne społeczeństwo, z ludźmi pochodzącymi z całego świata. Na przykład w Melbourne żyje około 160 tysięcy Greków, co sprawia, że jest to największe greckie miasto po Atenach i Salonikach!

Grecy wiedzą, co dobre – w australijskich miastach żyje się świetnie. Dowodem na to może być coroczny ranking najlepszych miejsc do życia, w którym od pewnego czasu rywalizacja o zwycięstwo toczy się głównie między Melbourne a Sydney. Poza miastami już tak dobrze nie jest. Zdecydowana część kraju to tereny pustynne, trudne do życia i najczęściej niezamieszkane. Przez ludzi, bo na przykład 200 tysięcy psów dingo uważa, że żyje się tam znakomicie. A żyło się jeszcze lepiej, zanim został zbudowany Dingo Fence, czyli najdłuższy płot na świecie. Licząca ponad 5600 kilometrów zapora (ponad dwa razy dłuższa od Chińskiego Muru) chroni przed drapieżnymi dingo stada owiec wypasane w najżyźniejszej, południowo-wschodniej części kraju.

Skoro mowa o pastwiskach – w Australii znajdują się zdecydowanie największe na świecie. Rekordowo duże jest Anna Creek Station, zajmujące powierzchnię 24 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli mniej więcej tyle, co województwo Warmińsko-Mazurskie, albo na przykład cała Macedonia czy Izrael. Co ciekawe, pracuje tam na stałe zaledwie… osiem osób!

– Kiedy my, w Australii się czymś martwimy, to głównie tym, co dzieje się w Polsce i w Europie – mówił kiedyś Jacek Kaczmarski, bard „Solidarności”, który w latach 90. zdecydował się zamieszkać w Perth na zachodnim wybrzeżu Australii.

I rzeczywiście, wszystko wskazuje na to, że Australijczycy wielu zmartwień nie mają. Wspaniała pogoda, piękne plaże, dobre wino i wysoki poziom bezpieczeństwa. Władze Australii potrafiły poradzić sobie na przykład z problemem imigrantów, który spędza sen z powiek przywódcom europejskich krajów. Jak? W sposób radykalny, ale skuteczny. Na podstawie Pacific Solution australijska flota patroluje morze i wyłapuje łodzie z nielegalnymi imigrantami, którzy są następnie odsyłani na wyspę Nauru do obozu przejściowego. Premier Kevin Rudd powiedział wprost, że nikt, kto nielegalnie spróbuje się dostać do Australii, nigdy nie otrzyma prawa do osiedlenia się. W praktyce więc imigranci czekają na Nauru tak długo, aż zdecydują się wrócić tam, skąd przypłynęli.

Trzy zdania o polityce to jednak o trzy zdania za dużo. Znacznie lepiej skupić się na tematach uniwersalnych i nie budzących kontrowersji. Na przykład na winie. Średnio na głowę mieszkańca w Australii przypada około 30 butelek wina rocznie, podczas gdy w Polsce – zaledwie nieco ponad 3.

Australijczycy w kwestii win są zdecydowanymi patriotami. Blisko 85 procent wina wypijanego na kontynencie pochodzi właśnie stamtąd. Łącznie prawie co druga ze stu milionów rocznie produkowanych butelek trafia na stół w Australii. Reszta rozpoczyna podróż po świecie, w dużej części do USA i Wielkiej Brytanii. Odbiorcy cenią wina z najmniejszego kontynentu za dobry smak i znakomity stosunek ceny do jakości. Stale rosnący eksport do USA to dowód na to, co zrozumieli Amerykanie: australijskie wina nie odbiegają jakością od francuskich, a są od nich znacznie tańsze.

Australia ma to szczęście, że do uprawy winorośli nadają się właściwie wszystkie stany – w sumie jest ponad 50 winiarskich regionów, a winnice zajmują 160 tysięcy hektarów. Skrzętnie omijają one tereny pustynne, których na kontynencie jest niemało. Mimo to, jest gdzie produkować wino!

Najczęściej uprawiane odmiany to cabernet sauvignon, merlot, shiraz, chardonnay i pinot noir. Generalnie – od lekkich po bardzo ciężkie, aromatyczne i bezpretensjonalne. Jak choćby cała gama win z winnicy Dominic Wines z Adelajdy. Ich kultowa seria to Basket Case. – Każdy ma w sobie odrobinę prawdziwego szaleństwa. Tego nie da się zmierzyć ani racjonalnie wytłumaczyć: to pasja. A jaka jest twoja? – możemy przeczytać na ich etykietach. Nasza zdecydowanie może mieć wiele wspólnego z Australią i bynajmniej nie chodzi tu o kangury.

Iwona Tarnowska-Ciosek

fot. pixabay.com i dominicwines.com