Nikogo, kto trafił na tę stronę nie trzeba przekonywać, że wino jest dobre na każdą okazję. Ale czasem, dla odmiany warto spróbować czegoś innego. Choćby tylko po to, żeby później wrócić do wina i jeszcze bardziej docenić jego uniwersalność. Martini, Margarita, Tequila Sunrise, Cuba libre czy wreszcie Sex on the beach z obowiązkową palemką – lista drinków (choć właściwie powinniśmy powiedzieć „koktajli”) każdego szanującego się baru jest długa.

drinki

Tequila sunrise. Barman zasypia, gdy budzi się dzień

Tequila, meksykańska wódka z niebieskiej agawy, najczęściej spotykana jest w dwóch wersjach – silver i gold. Pierwszą podaje się z solą i cytryną, drugą (różni się od silver dodatkiem karmelu) z cynamonem i pomarańczą. Podobno jest to na tyle oczywiste połączenie, że w Meksyku nikt, nawet ostatni menel, nie pije, dopóki nie ma pod ręką cytryny do zagryzienia. Tak czy inaczej – tequila świetna jest także w drinkach. Klasyczna Margarita to 40 ml tequili, 20 ml likieru typu triple sec (np. cointreau) i 20 ml soku z limonki – wszystko wstrząśnięte z lodem i przelane do kieliszka koktajlowego (bez lodu) z crustą z soli prezentuje się elegancko i szybko poprawia nastrój.

O wiele bardziej wakacyjnie wygląda Tequila sunrise. Mówi się, że barman, który ją wymyślił, wychodząc z pracy zachwycił się wschodem słońca i postanowił uzyskać w szklance podobny efekt. Udało mu się mieszając tequilę, crème de cassis i sok z limonkiwodą sodowa. Z biegiem lat receptura była modyfikowana i dziś Tequila sunrise to po prostu tequila z sokiem pomarańczowym i grenadyną. Grenadynę wlewa się do szklanki na końcu – opadając na dno tworzy przejścia kolorystyczne.

Martini. Wstrząśnięte, nie zmieszane

Martini stało się popularne za sprawą Jamesa Bonda. Niestety – to, co pijał Bond znacznie różni się od klasycznej wersji Martini. Przepis podany przez Iana Fleminga to trzy porcje ginu, jedna porcja wódki, pół porcji likieru lillet. Natomiast klasyczna wersja Martini, to tylko dwa składniki: gin z dowolnym wermutem, niekoniecznie marki Martini (proporcje są dyskusyjne, kiedyś 1:1, dziś nawet 1:12). I właśnie takiego drinka dostaniemy, zamawiając Martini w dowolnym miejscu na świecie. Co więcej, możemy być pewni, że będzie zmieszane, a nie wstrząśnięte, jak życzyłby sobie Bond. Dlaczego nie wstrząśnięte? Bo wstrząsanie spowoduje, że lód szybciej się rozpuści, a martini będzie słabsze. Cóż, być może agent 007 z rozmysłem zamawiał taką wersję, żeby zachować trzeźwość umysłu – tak potrzebną przy ratowaniu świata po raz kolejny. Zresztą, Bond w wykonaniu Daniela Craiga najpierw stwierdził, że ma gdzieś czy wstrząśnięte, czy zmieszane, a w kolejnym filmie… zamówił piwo!

Cuba libre. Nie tylko dla piratów z Karaibów

Rok 1900, Hawana, Kuba. Dopiero co skończyła się wojna amerykańsko-hiszpańska. Kuba właśnie otrzymała niepodległość (choć wciąż jest pod nadzorem amerykańskiej armii). W takich okolicznościach powstaje Cuba libre – nietrudno wyobrazić sobie tłumy wznoszące w górę szklanki i skandujące hasło „cu-ba li-bre! cu-ba li-bre!” Tym bardziej, jeśli w tych szklankach jest rum i cola, składniki-symbole sprzymierzonych państw. Rum to Kuba, Coca-cola to Ameryka.

Podstawowa wersja Cuba libre to jasny rum z colą w proporcjach 1:3. Polecam jednak spróbować tego samego z ciemnym rumem, takim, który kolor zawdzięcza leżakowaniu w dębowych beczkach. No, chyba że mamy do czynienia z ekskluzywnym, długo dojrzewającym rumem. Wtedy należy się nim delektować solo – mieszanie go z czymkolwiek jest równie niestosowne jak podawanie 30-letniej whisky z colą.

Sex on the beach. Jeśli nie wiesz czego chcesz, to chcesz właśnie tego

– Dzień dobry, poproszę jakiegoś drinka – to najczęściej spotykane zamówienie niezależnie od tego, czy stoimy przy barze na plaży, czy eleganckim wielkomiejskim klubie. Jeśli barman ma czas, to po takim zagajeniu następuje seria pytań o preferencje smakowe. Jeśli nie ma, serwuje Sex on the beach – bo szybko się robi, wszystkim smakuje, ładnie wygląda i ma chwytliwą nazwę. Wrzucamy do szklanki kilka kostek lodu, dodajemy po 20 ml wódki, 20 ml likieru brzoskwiniowego, 100 ml soku żurawinowego i tyle samo ananasowego. Jeszcze tylko słomka, palemka – i gotowe.

Iwona Tarnowska-Ciosek